Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 marca 2017

Recenzja: Eclipse - Monumentum (2017)

Od stycznia na oficjalnym YouTube'owym kanale wytwórni Frontiers Records stopniowo pojawiały się kolejne single zapowiadające coś naprawdę wybuchowego. W końcu 24 marca nakładem tejże wytwórni oficjalnie wyszła bomba w postaci najnowszego albumu Eclipse.



Zespół Eclipse powstał w 1999 roku w Sztokholmie z inicjatywy wokalisty Erika Mårtenssona. Ich muzykę można określić jako balansującą na granicy melodyjnego hard rocka i glam metalu. Obecnie grają w czteroosobowym składzie i mają na koncie łącznie sześć albumów. O ich istnieniu dowiedziałam się głównie dzięki temu, że kiedyś grał u nich Robban Bäck - były perkusista Sabatonu. Coś tam może przesłuchałam, potem o nich zapomniałam i odkryłam ich na nowo, gdy natknęłam się na teledysk do "Never look back". Zakochałam się w tym utworze od pierwszego wejrzenia i stwierdziłam, że nie mogę doczekać się tego albumu. Oczekiwanie na premierę umilałam sobie niczym innym jak nadrabianiem zaległości i przesłuchiwaniem wcześniejszych płyt, by mieć porównanie. Poprzednie wydawnictwo "Armageddonize" było smakowitą i wysoko postawioną poprzeczką. Ku mojej radości udało im się ją przeskoczyć.



Podstawowa edycja "Monumentum" to dziesięć konkretnych, energicznych numerów i jedna wolniejsza, smutniejsza rockowa ballada "Hurt". Nie licząc wcześniej wspomnianego "Never look back" moim zdecydowanym faworytem jest "Downfall of Eden". Z tego względu polecam rozejrzeć się za wydaniem japońskim - znajduje się na nim nastrojowa, akustyczna wersja tego utworu. Pozycji zasługujących na wyróżnienie raczej wymieniać nie będę. Gdybym to zrobiła, to skończyłoby się rozpisaniem całej tracklisty. To jedna z tych płyt, na których po prostu nie ma złych ani nawet średnich utworów. Zamiast się rozpisywać powiem krótko - polecam tych Szwedów.

Ocena: 


poniedziałek, 17 października 2016

Recenzja: The Dark Tenor - Nightfall Symphony (2016)

Cierpię na nieuleczalną słabość do muzyki, w której echa dawnych epok spotykają się ze współczesnością. Tym akcentem z przeszłości są na ogół instrumenty ludowe, ale dobrej symfonice z operowymi partiami też nie odmawiam. Dzisiaj porozmawiamy o tym drugim, w niekoniecznie metalowym wydaniu.


Pod pseudonimem The Dark Tenor kryje się tajemniczy i nieznany z nazwiska niemiecki wokalista, wykonujący muzykę z gatunku Classical Crossover. Z jego twórczością po raz pierwszy zetknęłam się w połowie ubiegłego roku, kiedy algorytmy YouTube naprowadziły mnie na utwór "River Flows on the Edge", nagrany we współpracy z koreańskim pianistą Yirumą. Zachwyciłam się jego głosem i postanowiłam zapoznać z resztą jego twórczości. Wówczas ograniczała się ona do debiutanckiego albumu "Symphony of Light", który niedawno uzyskał status złotej płyty. Niemal wciągnęłam go przez skórę i z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnej dawki jego talentu.

"Nighfall Symphony" ukazał się pod koniec września bieżącego roku nakładem Universal. Znalazło się na nim czternaście utworów studyjnych. Nad jakością po raz kolejny czuwał producent Bernd Wendlandt, znany ze współpracy z takimi wykonawcami jak Angelzoom czy Faun. Wersja limitowana zawiera także dziesięć nagrań koncertowych, zrealizowanych podczas różnych występów.

Przepis na sukces w wykonaniu Dark Tenora jest prosty - bierze na warsztat szlagiery muzyki klasycznej i w oparciu o ich melodie tworzy zupełnie nowe utwory, dodając autorski tekst, podkład rytmiczny, elementy elektroniki, a nawet zdarza się dołączyć całkiem sprawnie zagraną solówkę. Na "Nighfall Symphony" można usłyszeć jego interpretacje Mozarta, Wagnera, Griega czy Verdiego. Wszystkiemu towarzyszy przemyślana kampania marketingowa i ciekawa oprawa wizualna. Na oficjalnym kanale muzyka można obejrzeć serię krótkich filmów, które towarzyszyły promocji płyty. Niestety cały wygłoszony monolog jest po niemiecku, który słabo znam i ciężko mi powiedzieć cokolwiek na temat konceptu, niemniej zapierający dech w piersiach krajobraz Islandii obleczony ciemnymi kolorami ogląda się całkiem przyjemnie.


"Przerost formy nad treścią" to być może pierwsze skojarzenie, jakie może się nasunąć po zapoznaniu się z jego twórczością. Pretensjonalność to główny powód, dla którego mocno oberwał od niektórych recenzentów. Mi to zupełnie nie przeszkadza. Wręcz podoba mi się to, że ma pomysł na siebie, konsekwentnie go realizuje i wyróżnia się tle śpiewaków operowych romansujących z popem. Może nie do końca podchodzą mi jego teksty, a przejawiający się w nich motyw bólu i cierpienia z odkupieniem działa na mnie jak płachta na byka, to jednak dobrze wpisują się w romantyczną stylistykę XIX wieku i w większości przypadków pasują do muzyki.

Pierwszym singlem promującym album był ciepły, kojący "Toxic Rain", zaraz po którym przyszła kolej na nieco cukierkowy "Wild Horses", a następnie maślane i podnoszące na duchu "Afterglow". Jednak w jego przypadku to, co najlepsze nigdy nie wychodzi poza płytę. Mam na myśli tu przede wszystkim "Mountain High", który uświadomił mi moją ignorancję w zakresie klasyki. Zupełnie nie byłam w stanie zidentyfikować mocnej partii orkiestry, która rozpoczyna utwór. Zaraz po niej weszły klawisze rodem z lat 80-tych, których się tam kompletnie nie spodziewałam.

Dziwnie urzekło mnie również "Shatter Me", "Renegades" oraz "Confutatis" z repertuaru Mozarta. Lekka zmiana w rytmie i dołączenie perkusji dobrze służy kompozycji, a dochodzące na koniec gitary to już wisienka na torcie. Słodka Freyo, ja na serio chciałabym go kiedyś usłyszeć we współpracy z Therionem.

Mogłabym w nieskończoność skrobać o tym, co mi się podoba i dlaczego. Pozwólcie więc, że przejdę do tego, co średnio mi leży - "Blindfold", wykorzystujący fragment "Lotu Walkirii". O ile na płaszczyźnie muzycznej nie ma tam nic złego, to jednak na tej lirycznej - wszystko. Romantyzm romantyzmem, ale połączenie cierpiętniczego pipczenia z aurą zwycięstwa, jaka bije z oryginału zakrawa na herezję. Lubię kontrasty, ale nie tutaj.

To by było na tyle. Podsumowując krótko - nie zawiodłam się.

Ocena:

sobota, 17 września 2016

Recenzja: Sabaton - The Last Stand (2016)

W czasach szkolnych historia znalazła się w czołówce najbardziej nie lubianych przeze mnie przedmiotów. Zniechęciły mnie do niej nudne jak flaki z olejem podręczniki, nauczyciele wykładający ją bez pasji i sprawdziany nie wymagające ode mnie niczego ponad skojarzenie nazwisk z datami. Nawet teraz trawię ją wyłącznie pod postacią motywów przewijających się w tekstach piosenek. Nie ukrywam, że do lekcji prowadzonych przez Joakima i spółkę mam szczególną słabość. 


Tegoroczne wydawnictwo "The Last Stand" to już kolejny w historii zespołu album konceptowy. Na podstawowej wersji znalazło się jedenaście autorskich utworów poświęconych decydującym, ostatnim bitwom oraz dwa covery - "Camouflage" Stana Ridgwaya oraz sprawnie wykonane "All Guns Blazin'" Judas Priest. Jak na ironię to również ostatnia kampania gitarzysty Thobbe Englunda - jeszcze przed wydaniem ogłosił, że opuszcza skład. 

Produkcja ma swoje lepsze i gorsze strony. Na początku skupmy się na tych pierwszych. W moim czysto subiektywnym odczuciu najlepszym numerem na płycie jest tytułowy "The Last Stand", poświęcony oddziałowi Gwardii Szwajcarskiej broniącej papieża Klemensa VII podczas Złupienia Rzymu przez wojska Karola V. Podniosły, a zarazem skoczny refren z chórem w tle regularnie pojawiał się w materiałach promocyjnych i mocno żałowałam, że to nie był pierwszy singiel. Nie mogłam doczekać się chwili, kiedy usłyszę całość. Nawet nie liczyłam, ile razy pod rząd jej wysłuchałam tuż po premierze.

Równie mocno wciągnęła mnie "Shiroyama". Jak z resztą widać po tytule opowiada o tym samym, co film "Ostatni Samuraj". Czytałam całkiem sporo negatywnych wypowiedzi o tym utworze. Że wtórny, że sztampowy. Ja tam słyszę tylko stary, dobry Sabaton z czasów "The Art of War". Dodatkowo to jeden z najlepszych tekstów, jakie udało im się napisać. 

Do ścisłej czołówki ulubionych pozycji załapało się również "The Last Battle" o bitwie o zamek Itter. Każdy, kto choć trochę mnie zna wie o mojej słabości do muzyki z lat 80-tych a właśnie tamtymi czasami mocno pachnie mi ta nuta. 

Na wyróżnienie zasługuje również "Rorke's Drift". Bitwa między Brytyjczykami a Zulusami jak dla mnie mogłaby składać się z samej solówki.

Co do "Blood of Bannockburn" mam mieszane uczucia. Bitwa o niepodległość Szkocji, tak? Panowie stwierdzili, że przydałyby się dudy. Mamy już coś innego, czego dotychczas nie było. No to pójdźmy dalej i strzelmy jeszcze organy Hammonda. Niby dobrze, niby jakaś odmiana, ale w ostateczności przedobrzyli. I czy tylko mi się wydaję, że riffy są tutaj mocno w stylu Freedom Call?

Jednym z najsłabszych punktów albumu jest muzyczna oprawa bitwy pod Wiedniem, czyli "Winged Hussars". Parę akapitów wcześniej wyraziłam swoją aprobatę dla brzmienia z czasów "TAoW". Ten utwór również tak brzmi. Problem w tym, że aż za bardzo. Partia klawiszy to bezczelny autoplagiat z "The Art of War" właśnie. Nadmierne czerpanie ze starszych utworów zarzucić można również "Hill 3234", gdzie refren jest zerżnięty z "Talvisoty".

Przyznam się bez bicia, że była to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie płyt w tym roku. Ani specjalnie nie rozczarowała, ani niczego nie urwała mocniej i bardziej niż zazwyczaj.

Ocena:



niedziela, 28 sierpnia 2016

Recenzja: Gemini Syndrome - Memento Mori (2016)

W zeszłym tygodniu ukazało się nieco fajnych rzeczy. Apogeum zostało osiągnięte w piątek, kiedy miały miejsce aż trzy wyczekiwane przeze mnie premiery. Nie wiedziałam, co przesłuchać jako pierwsze. Po zapoznaniu się z materiałem padło kolejne pytanie: o czym najpierw napisać? Ten dylemat ostatecznie rozstrzygnął mój wewnętrzny hipster i postawił na album, który przeszedł bez echa w rodzimej prasie muzycznej. Mowa o nowym dziecku Gemini Syndrome.


Zacznijmy od wyjaśnienia kto, co i którędy na Berlin. Panowie z Gemini Syndrome pochodzą z Los Angeles i specjalizują się w nu-metalu. Skrzyknęli się do kupy w 2010 roku w składzie: Aaron Nordstrom (wokal), Rick Juzwick (gitara), Mike Salerno (gitara), Alessandro Paveri (bas) i Brian Medina (perkusja). Ich debiutancki album Lux ukazał się w 2013 roku nakładem Warner Bros Music. Był to album konceptowy, zainspirowany ponoć motywem narodzin. Potraktowali temat dość swobodnie i to na tyle, że wsłuchując się w słowa nie raz zadawałam sobie pytanie, co ma piernik do wiatraka. To nie ma znaczenia - i tak mi podeszli, mimo że sentyment do praktykowanego przez nich gatunku minął mi po skończeniu gimnazjum.

"Memento Mori" ukazało się pod szyldem Another Century Records. Poza wytwórnią zmienił się również skład: z zespołem pożegnali się obydwaj gitarzyści. Znalazło się godne zastępstwo w postaci Daniela Sahagúna (znany ze współpracy z Lacuna Coil) i Charlesa Lee Salvaggio.

Podobnie jak w przypadku debiutu postawili na "życiową" tematykę tekstów, a źródeł inspiracji należy szukać gdzieś między stoicką filozofią, new-age i poglądami politycznymi muzyków. Gdzieś tam lekko wybrzmiewa jeszcze rozwój osobisty. A to wszystko napisane w sposób prosty i przystępny dla średnio rozgarniętego nastolatka. Zdecydowanie odradzam osobom, którym na starość rozwinął się cynizm i praktyczne podejście do życia - słuchanie "Anonymous" może w takiej sytuacji skończyć się na onkologii. Ja jednak jeszcze do tego etapu nie doszłam i mimo nie do końca ciekawej formy zgadzam się z tym, co chcieli przekazać. Pod "Zealot" i "Sorry Not Sorry" mogę nawet się podpisać. Tym bardziej, że to najlepsze utwory na płycie.

Znacznie więcej pozytywów da się dostrzec po stronie muzycznej. Kapeli nie raz obrywało się za wtórność i faktycznie - odkrywcze to to nie jest, wirtuozerskie też nie. Nie zmienia to faktu, że bardzo łatwo się ich łyka, trawi i przyswaja. Trochę w tym Korna (zwłaszcza w "Gravedigger"), trochę Disturbed ("Zealot" tak bardzo), tylko że ze znacznie lepszymi aranżacjami. Aaron może nie ma w głosie tyle pazura, co David Draiman, ale w jego głosie jest coś kojącego i przyjemnego. Całkiem sprawnie się przy tym wydziera. Tylko szkoda, że trochę mniej, niż na poprzedniej sztuce. Warto zapoznać się z efektami ich pracy. Oczywiście tylko w przypadku braku alergii na coaching.

Następna płyta ma się skupiać na samej śmierci i tym, co dalej. Niech zrobią to w tym samym składzie i z tym samym producentem, ale - na bogów - niech zmienią dilera.

Ocena:

wtorek, 16 sierpnia 2016

Recenzja: Equilibrium - Armageddon (2016)

Jeszcze kilka lat temu na mojej playliście gościły przede wszystkim twory krzyczane i growlowane. Być może się starzeję, ale ostatnio moje gusta zaczęły się skupiać wokół czystszego wokalu. Z tego względu wiele zespołów stosujących bardziej radykalne formy szarpania strun głosowych zeszło na dalszy plan. Czystki na liście odtwarzania dopadły również Equilibrium. Z okazji premiery "Armageddon" postanowiłam na nowo się z nimi zapoznać.


"Armageddon" to już piąta płyta w karierze Niemców i zarazem pierwsza nagrana bez udziału gitarzysty Andreasa Völkla i basistki Sandry van Eldik, którzy opuścili zespół po wydaniu "Erdentempel". Wypłynęła na pokładzie okrętu bojowego Nuclear Blast 12 sierpnia bieżącego roku. Znalazło się na niej jedenaście utworów, z tekstami w dwóch językach: niemieckim i angielskim.

Pod koniec czerwca na YouTube pojawił się pierwszy przedsmak w postaci teledysku do "Prey". Jednak w moim przypadku tryb niecierpliwego wyczekiwania na premierę uruchomił się dopiero miesiąc później, kiedy na kanale wytwórni pojawił się drugi singiel - "Born To Be Epic".



Już przy pierwszej zwrotce na mojej twarzy pojawił się szczery, szeroki uśmiech. Nie raz zdarzało mi się wspominać o swoim sentymencie do nie do końca poważnej muzyki. Jeśli dochodzi do tego odpowiednio motywacyjne przesłanie, jestem kupiona. To jeden z tych kawałków, przy których każdy nie zależnie od postury i umiejętności władania mieczem może poczuć się jak paladyn na osiemdziesiątym poziomie. Już miałam zbierać drużynę, kiedy nieoczekiwane przejście między jedną zwrotką a drugą przyprawiło mnie o niekontrolowany atak śmiechu i posłało na podłogę. Nie wiem nic o pozamuzycznych zainteresowaniach kompozytora, ale podejrzewam fascynację japońskimi grami. Od razu skojarzyła mi się walka z bossem w Final Fantasy. W połączeniu z tańczącymi i wyginającymi się na prawo i lewo fujarkami tworzy to połączenie wprost śmiertelne.

Jakoś wstałam i wyruszyłam. Podczas zbierania drogi po drużynie (a może i na odwrót) zaczęłam się zastanawiać, czy reszta będzie równie epicka. Przesłuchałam i stwierdzam, że jest dość blisko.

Całość rozpoczyna intro zatytułowane "Sehnsucht". Po pierwszej minucie maślane klawisze i przedmowa w języku sąsiadów zza Odry ustępują miejsca siermiężnym gitarom i podniosłym, ale i ckliwym akcentom symfonicznym. Aż chce człowiek stanąć na baczność, bo brzmi jak hymn państwa, które nigdy nie istniało. Przynajmniej takie było moje pierwsze skojarzenie. Potem dotarło do mnie, że równie dobrze jakiś bokser, zapaśnik czy inny zawodnik MMA mógłby wychodzić przy tym na ring.

To drugie skojarzenie odnośnie wstępu pasuje nawet bardziej, gdyż album w znacznej większości składa się z żywych, drapieżnych i zachęcających do boju kompozycji. Dziwnie wyłamuje się z tego wyłącznie "Heimat". W tych smyczkach i klawiszach jest coś takiego, że już sama nie wiem, co bardziej mi przypominają: dzielenie się łupami po zimowym rajdzie w jakimś darmowym MMO, wesele w Krainie Lodu czy przedświąteczną wyprzedaż w tejże. Najbardziej przaśny i popowy utwór w zestawieniu i - paradoksalnie - jeden z moich ulubionych. Chyba dlatego, że dziwnie kojarzy mi się z Avantasią.

Jednak tym, co podoba mi się najbardziej jest jednak to, że Robse zupełnie inaczej growluje. Na poprzednich płytach zdarzało mu się iść w wyższe i bardziej charczące tony, które nie do końca mu pasowały. Teraz postawił na niższe, głębsze, bardziej przeponowe tony, dzięki czemu brzmi naturalnie. Niech już z tej drogi nie schodzi.

Ocena:


czwartek, 4 sierpnia 2016

Recenzja: Trick or Treat - Rabbits' Hill Pt.2 (2016)

Nasi futrzani, opierzeni, jak i ci zmiennocieplni przyjaciele na stałe wpisali się w kanon metalowej estetyki. Od początków istnienia gatunku w tekstach przewijają się nawiązania do orłów, wilków, smoków czy innych jednorożców. Okazuje się, że za źródło inspiracji mogą posłużyć również króliki. 




Na początek parę słów o samej kapeli. Historia Trick or Treat zaczęła się w 2002 roku we włoskim mieście Modena. W początkowych latach działalności byli cover bandem Helloween. Ich pierwszym w pełni autorskim materiałem było demo Like Donald Duck, nagrane w 2004 roku. Rok później wytwórnia Valery Records wypuściła ich debiutancki długograj zatytułowany Evil Needs Candy Too. 

Rabbits' Hill Pt.2 to już ich czwarta produkcja. Jest kontynuacją konceptowego albumu Rabbit's Hill Pt.1, zainspirowanego powieścią Wodnikowe Wzgórze autorstwa Richarda Adamsa. Gościnnie swoich głosów użyczyli Tim "Ripper" Owens (utwór They Must Die), Sara Squadrani (utwór Never Say Goodbye) i Tony Kakko (utwór United).

Od strony muzycznej to solidna dawka wprawdzie sztampowego, aczkolwiek całkiem przyjemnego, melodyjnego power metalu z wyraźnym posmakiem Helloween. Efekt jeszcze bardziej nasila głos Alessandro Conti (który tak na marginesie jest również wokalistą Luca Turilli's Rhapsody, ponadto tatuażystą i rysownikiem - okładka albumu to jego dzieło), który barwą głosu bardzo przypomina Michaela Kiske. Mówiąc zupełnie szczerze, udawanie swojego idola wychodzi mu całkiem zacnie. 

Teksty może nie są najwyższych lotów i brzmią nieco infantylnie, ale tutaj aż tak bardzo to nie razi. Owszem, na kanonie książek dla dzieci można stworzyć prawdziwe piękno. Tylko czy wszyscy od razu muszą pisać jak Tuomas Holopainen? Oczywiście, że nie. Zwłaszcza, jeśli jakiekolwiek znaki na niebie i ziemi wskazują, że powstanie taki teledysk:


Powodem, dla którego tak łatwo mi podeszli jest właśnie ten brak powagi. Z tego samego powodu szaleję na punkcie Gloryhammera, Powerwolf czy Alestorm. Cenię sobie dobrze napisany, ambitny przekaz, ale czasem zamiast zagłębiać się w wywody wieszcza, filozofa i aktywisty jednocześnie wolę pomachać głową razem z kimś, kto po prostu chce się dobrze bawić przy graniu i ma przy tym dystans do tego, co robi.

Ocena:

sobota, 25 czerwca 2016

Recenzja: Fejd - Trolldom (2016)

Fenomen dotychczasowej twórczości Fejd polegał na tym, że udawało im się osiągnąć metalowe brzmienie bez użycia przesterowanych gitar. Linia melodyczna oparta na szarpaniu nyckelharpy i bouzouki połączona z basem i perkusją to było właśnie to, co wyróżniało ich na tle wielu podobnych do siebie zespołów folk metalowych. Aż tu nagle na "Trolldom" pojawiły się riffy...


Kiedy już powoli zaczyna opadać poziom podekscytowania w związku z nową płytą (na którą jakby nie patrzeć czekałam trzy lata) pozostało jedynie na spokojnie zastanowić się, co się o tym wszystkim myśli. Jako pierwsze na koniec języka nasuwa się pytanie: czy zmiana w brzmieniu jest mocno odczuwalna? Nie aż tak bardzo. Przez 15 lat swojej działalności wypracowali dość charakterystyczny styl kompozycji, który daje się we znaki również tutaj - od pierwszych taktów słychać, że to ich dzieło. Dopóki na horyzoncie nie pojawi się solówka. To chyba ten typowo szwedzki, progresywny wydźwięk każe mi się zastanawiać, czy aby przypadkiem nie ukradli gitarzysty Therionowi. Aż sprawdziłam - nowy nabytek w postaci Pera-Owe nie udzielał się wcześniej w żadnym znaczącym projekcie, nie mniej daje radę. Jeśli ten zabieg faktycznie pomoże im w dotarciu do szerszego grona (bo chyba to było powodem, dla którego wzmocnili repertuar), to jestem tym bardziej na tak.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że grać mogą właściwie na czymkolwiek, dopóki za oprawą wokalną stoją bracia Rimmerfors. To właśnie głos Patricka i to jak wyraża nim emocje jest głównym czynnikiem kształtującym niepowtarzalny klimat muzyki Fejd. Teraz słychać to jeszcze wyraźniej i nawet nie potrafię sobie wyobrazić, by kto inny mógł tam stać za mikrofonem.

Jednak powodów do ochów i achów poza określoną normę to nie ma. Poprzeczka, jaką sobie postawili nagrywając "Nagelfar" została muśnięta, ale nic ponadto. Nie sugeruję, że każdy kolejny album musi być lepszy od poprzedniego, jednak czuję pewien niedosyt z powodu braku hitu na miarę "Den Skimrande". "Svart" i "Ingjald Illråde" bardzo zaciekle walczyły o tą rangę, jednak to jeszcze nie to. To po prostu kolejny dobry album od zespołu, który dba o trzymanie godnego poziomu.

Ocena:

wtorek, 21 czerwca 2016

Recenzja: Lacuna Coil - Delirium (2016)

Nie raz spotykałam się z opinią, że Lacuna Coil to żaden gothic, a pop metal. Coś w tym jest. Brutalność nigdy nie była ich mocną stroną, a medialny wydźwięk dwóch poprzednich płyt tylko potwierdza tą teorię. Jednak między "Broken Crown Halo" a "Delirium" słychać kolosalną różnicę. 


"Delirium" to nowy rozdział w historii zespołu. Od 2000 trwali przez lata w nienaruszonym składzie aż do 2014, kiedy szeregi opuścili Cristiano Mozatti i Cristiano Migliore. Tuż przed rozpoczęciem nagrań zawinął się również Marco Biazzi. Ze starej wiary zostali już tylko Marco Coti Zelati, Andrea Ferro i Cristina Scabbia. Oprócz zmian personalnych jest to również pierwszy album nagrany od początku do końca we Włoszech i bez udziału wewnętrznych producentów. 

W efekcie najnowsze dzieło ekipy z Mediolanu brzmi zupełnie inaczej niż dotychczasowe nagrania. Już od pierwszego utworu w uszy rzucają się mocne, djentowe riffy i ogromna ilość growlu. Coś czuję, że ostatnio słuchali dużo Sepultury. Otwierający utwór "House of Shame" bezczelnie skojarzył mi się z "Roots Bloody Roots". Jakoś dziwnie mi się to podoba. To miło z ich strony, że przestali się bawić w drugie Evanescence i skupili się na tym, na czym kapela metalowa powinna - na pierdolnięciu. Gdzie go najwięcej? W "Blood, Tears, Dust". Dziękować za to należy Markowi Vollelunga z Nothing More, który użył tu swojego gitarowego talentu. Również ukłony w stronę Andrei - chyba najlepszy popis wokalny w jego karierze. Krzyk i growl wychodzi mu zdecydowanie lepiej, niż czyste partie (w tym momencie z bólem wspominam ich pierwszą EP-kę, gdzie momentami on po prostu fałszuje).

Natomiast średnio przekonują mnie teksty. Motywem przewodnim są choroby psychiczne. W wywiadach podkreślali, że wyobrażają sobie album jako zamknięty zakład psychiatryczny. Każdy utwór to oddzielny pokój, gdzie inny pacjent opowiada o swoim cierpieniu. Pozwolę sobie przytoczyć chwytliwy slogan, jakim się reklamowali: 

"Na wzgórzach w północnych Włoszech znajduje się stary szpital. Stara, opuszczona i niszczejąca forteca, której korytarze przepełnione są echem tysięcy cierpiących umysłów i dusz. Miejsce, gdzie każdy ściana wciąż nosi ślad niezliczonych, zniszczonych żyć."

Po przeczytaniu czegoś takiego oczekiwałam atmosfery tego staromodnego, wiktoriańskiego psychiatryka rodem z horrorów. Tymczasem zgłębiając się w słowa "My Demons" widzę tylko mroczną nastolatkę w poczekalni do szkolnego psychologa. Dark Dżesika płacze, bo rzucił ją Brajan. Jaki żal. Powiem szczerze, że trochę się rozczarowałam. Chociaż może nie potrzebnie się czepiam.

Ocena:

. 

wtorek, 7 czerwca 2016

Recenzja: Sinnery - A Feast of Fools (2016)

Literackich nawiązań ciąg dalszy. Poprzednio pisałam o zespole czerpiącym garściami z twórczości Alexandra Dumasa, a dzisiejszy wpis ilustruje motyw z Lewisa Carrolla. Na tą jakże pocieszną interpretację herbatki u Szalonego Kapelusznika wpadł znany i ceniony rumuński artysta Costin Chioreanu. Powstała na zamówienie Sinnery, młodego zespołu thrash metalowego z Izraela. Ich debiutanckie wydawnictwo ukazało się w maju nakładem niezależnej wytwórni Pitch Black Records.



Na 47 minut "A Feast of Fools" składa się przede wszystkim konkretne, dynamiczne pierdolnięcie. Przełamuje je w części akustyczny i wolniejszy numer "Symphony of Sorrow". To jest niestety ten moment, kiedy muszę wytknąć niedociągnięcia. Uwzględnienie tego balladowego akcentu nie do końca im wyszło. Wszystko przez to, że w głównej mierze krzyczący Aron Karnieli na chwilę obecną nie nadaje się do czystego śpiewu. Nie mam piwnicy, ale przez nijaki głos i całkowicie nie zrozumiałą dla mnie angielszczyznę moje kartofle zaczęły niepokojąco gnić. Co jak co, ale od wokalisty wymagam dykcji i wypracowania jako takiego akcentu, a tutaj wypłynął na wierzch brak jednego i drugiego, psując mi tym samym odbiór świetnej aranżacji. Gdyby nie ten zgrzyt, byłaby płyta na 5 z plusem. Ale cicho - to jeszcze młody chłopak i ma czas się wprawić.

Natomiast jeśli chodzi o warstwę instrumentalną, to jestem jak najbardziej na tak. Jest szybko, drapieżnie i z jajem, a jednocześnie melodyjnie. Chłopaki nie tylko wykazują się pomysłowością w kwestii kompozycji, ale też dużą wprawą w posługiwaniu się sprzętem. Średnia wieku w zespole to 20 lat, ale mimo niewielu wiosen na karku prezentują poziom jakiego nie powstydziliby się wyjadacze z dużo dłuższym stażem. Tytułowe "Feast of Fools" oraz "Black Widow" ścinają z nóg. Klimatyczne intro i elektroniczne wstawki urozmaicają brzmienie i nadają fajny, progresywny charakter.

Ogólnie rzecz biorąc, udany debiut z ogromnym potencjałem. We wrześniu będzie im dane zagrać przed jako support dla Sodom w ich rodzinnym Izraelu. Życzę im szczęścia i mam nadzieję, że dzięki temu występowi dotrą do szerszej grupy odbiorców, a z kolejnymi wydawnictwami będzie jeszcze lepiej. 

Ocena:



sobota, 4 czerwca 2016

Recenzja albumu D'Artagnan - Seit an Seit (2016)


Kiedy zakładałam bloga obiecałam sobie, że moje zapędy recenzenckie skupią się wyłącznie na wydawnictwach świeżych. Pod tym pojęciem rozumiem płyty, które poszły w obieg nie wcześniej niż miesiąc temu. Tym czasem już na wejściu tą obietnicę łamię i zabieram się za album z lutego. Biję się w pierś i mam cichą nadzieję, że Weles nie wyzłoci mnie za karę.

Czemuż to jestem taka gołosłowna? Z dość prozaicznego powodu - z racji utknięcia pod lodem o krążku jak i samym zespole dowiedziałam się z opóźnieniem. Jaki kraj, taka Pani Kapitan.

Przed wstukaniem pierwszych słów z czystej ciekawości postanowiłam zapoznać się z opinią innych. Niestety nie obyło się bez pomocy Wujka Google i jego funkcji tłumaczącej, gdyż piszą o nich wyłącznie w języku niemieckim. Anglojęzyczna i nasza rodzima strona sieci przemilczała temat. Sporo na tym straciła, gdyż mamy do czynienia z wyjątkowo udanym debiutem.

Historia trio D'Artagnan zaczęła się rok temu w Norymberdze. Ben Metzner - wokalista, dudziarz i flecista kojarzony dotychczas z folk metalowym kabaretem Feuerschwanz postanowił dla odmiany wyjść ze stylistyki średniowiecznej i liznąć nieco baroku, przynajmniej w kwestii lirycznej. Czynnikiem napędzającym była jak widać fascynacja Trzema Muszkieterami. Żeby liczba się zgadzała, dołączyli do niego Tim Bernard i Felix Fischer, kolega z macierzystej kapeli. Weszli razem do studia i tak oto spłodzili 49 minut i 7 sekund przyjemnego, folk rockowego grania w postaci albumu "Seit an seit", który ukazał się w miesiącu podkuwania butów nakładem Sony Music.

Mimo ciepłego przyjęcia przez niemieckie media opinie recenzentów są podzielone. Niektórzy nie zostawiają na nich suchej nitki. Chłopakom obrywa się przede wszystkim za wtórność i przaśność. Moje wrażenia są z kolei jak najbardziej pozytywne. Rzeczywiście, trąci cepelią, ale właśnie ten typ kiczu bardzo przyjemnie mnie łaskocze. Tak jak w dobrej historii płaszcza i szpady jest żywo, po męsku i z pasją, czasem spokojnie i sentymentalnie, a przede wszystkim wciąga. Tak jak mamy Syndrom Zapętlenia Jednego Utworu, tak u mnie uaktywnił się Syndrom Zapętlenia Jednej Płyty. Uczepiło się mnie jak rzep psiego ogona i nie chce puścić. 

Pomówmy chwilę o samych piosenkach. 14 pozycji, w tym 3 ballady. Co wśród tego najmocniej motywuje do brutalnego gwałtu na przycisku "replay"? Po wielokrotnym przesłuchaniu wzdłuż i wszerz to się oczywiście zmienia, jednak za pierwszym razem były to właśnie te wolniejsze utwory. Jedną z nich jest "Rabenballade", czyli niemiecka wersja "Twa Corbies". Mam straszną słabość do tej melodii, a właśnie ich wersja jest najlepszą, jaką dotąd słyszałam. Oprócz tego zachwyciłam się "Für immer Dein". Tak już mam, że jestem beznadziejną romantyczką ze słabością do smyczków w tle. A z nie-ballad? Na samym początku moimi ulubionymi kompozycjami były "Freiheit", "En Garde" jak i tytułowy "Seit an seit". Nie koniecznie w tej kolejności. Lecz na koniec na miano mojego absolutnego numeru jeden zasłużyło "Mann mit der eisernen Maske" opartą na legendzie o Człowieku w Żelaznej Masce. Wyraziście zaznaczone partie gitar elektrycznych i podniosłe symfoniczne wstawki mogły mieć coś z tym wspólnego. 

Oprócz ogólnej warstwy instrumentalnej przyciągnęła mnie ta wokalna. Może Ben nie uplasował się w pierwszej dziesiątce moich ulubionych męskich wokalistów, ale jego głosu słucha mi się z przyjemnością. Jako jeden z nielicznych niemieckich rockmanów potrafi zaśpiewać piosenkę o miłości bez przywoływania skojarzeń o strzelaniu, a to naprawdę coś. (Ogólnie ostatnio jakoś dziwnie uwrażliwiam się na germanizm. Co mnie dziwi, bo jeszcze do niedawna ten język całkowicie odpychał mnie fonetycznie. Widać do pewnych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć.)

Gorąco polecam album, nie tylko sympatykom folku. Pod tym linkiem można przesłuchać fragmentów wszystkich utworów.

Ocena: